Weekend w UK. Godziny, kiedy następuje transformacja Dr. Jekylla w Mr. Hidea. Czas pijanego narodu na skalę nigdzie indziej (poza festiwalem Oktoberfest może, ale porównanie to byłoby dla Oktoberfest ubliżeniem mu) niespotykaną.
Obywatele UK upijają się na umór, pijąc, co popadnie. Mieszając słodkie Sambuca Romana z whisky, wódkę z Redbullem, z piwem i co tylko jeszcze w barze się znajdzie.
Po wypiciu niezbędnej do transformacji ilości powstaje w cytowanym narodzie pijackie, nachalne domaganie się jakoby należnych praw. Podnoszenie głosu, często pięści, obrażanie i wmawianie innym, że się jest grzecznym. Zagrożona ściganiem przez hordy prawników policja nie widzi potrzeby, by z pijaństwem walczyć i się narażać na skargi i zarzuty ,o ile zdarzenie nie przeistacza się w fizyczną przemoc.
Weekendowe High Street w miastach UK to jakby wizerunek Sodomy i Gomory.
Ta Sodoma przybywa do Polski samolotami. Wylewa się na Rynek Krakowski i do ogródków kawiarnianych. Pijacko, prostacko, ordynarnie.
Kwiat młodzieży angielskiej zachowuje się arogancko, przynosząc wstyd swym rodzinom. Zapytany dlaczego tak robi, rozwiera szeroko oczy, nie rozumiejąc, o co się właściwie rozchodzi.
Chłopcy wspierani przez starszych. Weterani pubów i boiskowych zmagań zaprawieni w twardych dyskusjach z miękką jak na nasze oczekiwania policją są opoką dla nowych szeregów. Starsi nie widzą potrzeby, by mitygować młodszych, którzy z radością obrażają i wyśmiewają obcokrajowców mówiących z odmiennym akcentem.
Kobiety rozebrane do naga poniewierają się po chodnikach i na jezdniach. Zataczając się i czkając, półnagie szukają pokoi hotelowych dla siebie i swego przygodnego partnera na jedną noc. Na boso, z odsłoniętym biustem, gotowe na wiele.
To jakby nie nasz problem, że frustratom zabrakło kindersztuby, wykształcenia i szacunku dla innych i dla samych siebie. Jakby, bo niestety po doświadczeniach z tymi właśnie grzecznymi i uprzejmymi wyzywająco i głośno, nachalnie i zaczepnie, człowiek jakoś inaczej patrzy na swojskich dresiarzy, na symbol dawnych remiz i walk między wsiami. Choć nie jestem doinformowany o dzisiejszym stanie rzeczy w tych sprawach w naszym kraju, to jednak zaczynam kochać sytuację, gdy mój wróg zachowuje się jak wróg od początku do końca. Nie zaś, zachowując się wrogo, tłumaczy mi, że zgodnie z tradycjami UK jest bardzo grzeczny i uprzejmy.
Czy to Glasgow, czy Cardiff, czy Newcastle czy Lincoln, wszędzie na równi widać degrengoladę narodu pozbawionego uniwersalnych wartości. Alkohol i celebrity uniwersalną wartością nie jest.
Mogłaby być Rodzina i Kościół, lecz ani pierwszego ani drugiego nie uświadczysz w ilościach mających znaczenie dla zmiany tego koszmaru.
Nadzieja pozostaje tylko, byśmy goniąc za Zachodem, łapiąc zadyszkę tzw. Credit Crunch, nie załapali czasem nowej, znacznie gorszej choroby rozkładu społecznego, której jedynie przejawem jest powszechny i TOTALNY alkoholizm. Gdzieś na peryferiach zagadnienia pozostaje pamięć o artykułach prasowych w prasie angielskiej, bijących na alarm z powodu szerzących się rozlicznych chorób przenoszonych drogą płciową trasą, na której już nie wiadomo, czy pijane w sztok dziewczęta są odbiorcami czy dostawcami, a może i jednym i drugim.