No to dorzucę swoje 3 grosze. Do wyjazdu na Wyspy skłoniły mnie przede wszystkim zarobki, więc mniejsza o to (przynajmniej na razie). Mam za sobą kilka związków, zawsze to ja się nudziłem (kobietom), byłem zdradzany; praktycznie od każdej kobiety słyszałem, jaki to ja jestem wyjątkowy, że pierwszy raz (ona) czuje się traktowana jak kobieta, jak człowiek, szanowana etc.. A potem CIACH. Mimo, że w ciągu lat wyrobiłem sobie teorię, że kobieta musi być traktowana źle, żeby związek był mniej, więcej udany, nie mogłem się zmusić do takiej postawy. Traktowałem kobiety jak dotychczas, one się mną nudziły i rzucały (albo zdradzały i rzucały). Kilka lat temu poznałem jednak kobietę, której po dwóch tygodniach związku (nie znajomości, ta trwała jakieś 3 m-ce dłużej) się oświadczyłem - po prostu wiedziałem, że to TA. Przeżyliśmy ze sobą wspaniałe 3 lata (po pół roku związku zamieszkaliśmy razem), zanim się pobraliśmy. To było nieco ponad rok temu, w czerwcu. Dwa tygodnie po ślubie żona wyjechała na 2 m-ce do Niemiec (praca sezonowa)... i coś się stało. Czułości tyle co na lekarstwo, w ogóle nie czułem się kochany, nie czułem się partnerem, mężem, po prostu - jakiś facet w domu, pewnie współlokator. Zmianę podejścia do mnie zauważyłem jakieś 3 tygodnie od Jej wyjazdu, Ona twierdzi, że wyjazd nic nie zmienił, że to Ona się zmieniła, po prostu odkryła, że za mną nie tęskni, etc. Cały czas mnie zapewnia, że nie ma innego w Jej życiu; może jestem naiwny, ale Jej wierzę - nie znaczy to jednak, że ja w Jej życiu jestem, prawda?
Ten rok małżeństwa ciężko przeżyłem, było mi bardzo trudno. Mimo Jej podejścia do mnie, do związku (byłem, bo byłem) starałem się, byłem przy Niej, mogła na mnie liczyć w każdej sytuacji (może do tej pory), czego nie można powiedzieć o Niej - odkąd jesteśmy małżeństwem, nie mogę na Nią liczyć, wszystkim muszę się sam zająć (więc nie ma mowy o partnerstwie, które zakłada m.in. podział obowiązków i współpracę); można śmiało powiedzieć, że odpowiedzialność za całe małżeństwo i związek, w ogóle jego istnienie i funkcjonowanie, spoczywa na mnie. Wierzę, że to po prostu przejściowy kryzys, z którego można wyjść ciężką pracą, że Ona po prostu przechodzi kryzys emocjonalny, ale może się mylę?
Rok minął, zaczęliśmy wychodzić na prostą (choć do dobrej kondycji związku jeszcze dłuuuga droga), no i znowu - Ona do Niemiec. Gdy wróciła, nie było takiego przewrotu, jak w zeszłym roku, można chyba nawet powiedzieć, że wręcz przeciwnie. W chwili obecnej jest, bo ja wiem, nie najgorzej? Biorąc pod uwagę ostatni rok, na pewno lepiej, jednak w świetle sytuacji przed ślubem czy też bezpośrednio po nim, to wciąż kiepsko. Nasze relacje? Dobrze się rozumiemy, właściwie nie ma żadnych spięć, kocham Ją (jak kobietę, partnerkę życiową, przyjaciela - może powinienem jakoś jeszcze? Czekam na sugestie

).
Przed moim wyjazdem na Wyspy (a w trakcie Jej pobytu w Niemczech) moje uczucia wyblakły, niemal zniknęły - tak mi się przynajmniej wydawało, możnaby wręcz powiedzieć, że sytuacja sprzed roku się niemal odwróciła; jednak odkąd tu (w UK) jestem, moje uczucia odżyły, bardzo mi Jej brakuje, po prostu, chcę spędzić z Nią całe życie... Chyba o to chodzi?
Na koniec dodam, że moich oświadczyn nie żałuję, nie żałowałem nawet przez moment, ani razu!
Uff, ale tasiemiec mi wyszedł, telenowela prawie
P.S. Jako tło do lektury tego posta polecam The Gathering "In motion #2" (z albumu "Mandylion")